niedziela, 20 listopada 2011

Cisza, spokój...

Już tydzień funkcjonuję, jako osoba z praktycznie zerowym współczynnikiem obowiązków. Po udanej obronie robię właściwie tylko to, co chcę. W środę wybrałam się do kina, pierwszy raz od 2 lat. "Listy do M." mnie przyciągnęły. Nie żałuję, całkiem fajny film, aż się chce, żeby Święta już przyszły. Sam fakt wyjścia do kina ma duże znaczenie. Stwierdziłam, że raz na jakiś czas człowiek powinien sobie fundować taką przyjemność.
Wczoraj za to wyjście było z gatunku tych częstszych, ale za to towarzystwo zupełnie inne. Spotkanie z klasą gimnazjalną :D Stawiło się nas całe 4 osoby, ale było świetnie. Po kilku latach mieliśmy o czym rozmawiać. Piwo dodatkowo rozwiązuje języki, to fakt :P Planów na następne spotkania mnóstwo, ale jak wyjdzie- zobaczymy. W każdym razie warto było :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

:)

Po trzech latach intensywnej nauki, udało mi się OBRONIĆ !!! :D Było w sumie miło, bezboleśnie. Pytania w miarę łatwe, komisja przyjazna. Victory is mine! :P

sobota, 12 listopada 2011

Weekendowo

Taj, jak planowałam, spełniłam patriotyczny obowiązek. Na rynku mojego pięknego miasta odbyły się wczoraj uroczystości z udziałem Kompanii Honorowej, w których to uroczystościach uczestniczyłam:) Lubię takie wydarzenia i denerwuje mnie, że tak mało osób uznaje je za ważne. Około 50 tys. mieszkańców, a na rynku kilkadziesiąt sztuk :/
W kwestii poniedziałkowej obrony ogarnęłam już wszystko: kartę obiegową, zdjęcia, opłatę. Tylko uczyć mi się już nie chce ;) coś jednak będę musiała jeszcze doczytać, bo byłby wstyd :D

niedziela, 30 października 2011

Męki twórcze

Jak to jest, że środek pracy z mniejszą albo większą biedą można napisać, a jak przychodzi do podsumowania i wtępu (pisze się go na końcu-paranoja :P) to następuje blokada umysłu. Jedno
i drugie zmieściłam w kilku zdaniach. Nie chcę robić streszczenia, bo tak większość podsumowań wygląda. Jakoś zmęczę. Najlepsze jest to, że w komisji nie będzie "ukochanego" rektora. Za dużo obron ostatnio miał na głowie. Bogu dzięki!
Fajny koncert dzisiaj widziałam: jazzowy band i młodzież z zespołu wokalnego wzięli na warsztat przedwojenne hity muzyki polskiej i światowej. Miło było, co ciekawe nie z M ;) Jak zwykle wszystko było ważniejsze ode mnie, więc znalazłam zastępstwo, które sprawiło się nomen omen koncertowo :D
Jutro rano mam nadzieję skończyć pisanie, po południu dentysta :/ We wtorek wiadomo, długi
i dość męczący dzień.

poniedziałek, 24 października 2011

Kulinarnie będzie

Sprzątać nie cierpię, przyznaję się bez bicia. Za to w kuchni mogę działać. W sobotę zdziałałam, co następuje:
Murzynek:
-2i1/3 margaryny Bielska
-2,5 szklanki cukru
-14 łyżek wody
-4 łyżeczki kakao "z wiatrakiem"
-6 jajek
-4,5 szklanki mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
Margarynę, cukier, wodę i kakao zagotować w wysokim garnku. Po ostudzeniu dodawać po jednym żółtku i ucierać. Następnie mąka z proszkiem. Z białek ubić pianę, wsypać, zamieszać.
Wstawić do piekarnika nastawionego na 200 stopni, piec ok. godziny.
Smacznego :)
tak mnie wzięło na ten kawałek :)

czwartek, 20 października 2011

Czarno-biało, czyli szaro.

Bo tak na razie przedstawia się dzień. Czarno było na początku. Ludzka głupota nie zna granic, a bezmózga można spotkać wszędzie. Zaczęłam sobie pedagogikę społeczno-opiekuńczą, a na mojej cudownej uczelni I rok ma wuef. Jestem osobą trochę sprawną inaczej :P Pytam, więc jak człowieka, co ze zwolnieniem. A gość z hasłem, że "pani będzie chodzić i prowadzić zajęcia" WTF? Skończy się na rozmowie z opiekunem roku, może coś wskóram.
Później było już coraz jaśniej- pani promotor kazała wreszcie pisać podsumowanie i wstęp do pracy. Padła też prawdopodobna data obrony: 14 listopada.
W końcu pyszna kawka u koleżanki i jestem w domu. Przede mną spotkanie sztabu WOŚP. Powinno być jasno ;)

wtorek, 18 października 2011

Bez tytułu

Tytułu nie ma, bo notka w stylu miszmasz. Piątek popołudniu spędziłam znowu w Empiku. 12 kolejnych okładek zostało znalezione i opisane. W sobotę wyścig z czasem. Pisania jeszcze dużo, a od niepamiętnych czasów wybierałam się na imprezę.
Pisanie porzuciłam i znalazłam się na domówce ;) Impreza fajna, dużo wina i wyjątkowo ciekawych rozmów. O tym ,że pasuje iść spać pomyśleliśmy o 7 :)
W niedzielę wróciłam do domu i dalej pisałam :D Przynajmniej się opłaciło, bo tym razem poprawki już raczej kosmetyczne. Mam nadzieję, że niedługo będę mogła pochwalić się wyznaczonym terminem obrony.
Reszta niedzieli zeszła na szukaniu telefonu dla M. Rano rozpaczliwy sms, że się zepsuł i trzeba "coś" kupić. Kilkanaście smsów i linków na nk później: jest! Na allegro, brat bliźniak zepsutej Nokii został zamówiony:)
Jakoś tak dziwnie jest, chyba przez tą jesień. Boję się głośno powiedzieć, ale jest całkiem dobrze z tym wszystkim... :)
Przepraszam za chaos, który się wkradł, ale chciałam o wszystkim po trochę opowiedzieć.

środa, 12 października 2011

Można mieć dość.

Normalnie człowiekowi może się odechcieć wszystkiego, a już na pewno zdobywania wykształcenia. Po konsultacjach z panią promotor okazuje się, że:
-to, co wcześniej było niezbędne teraz jest niepotrzebne
-to, co było ok jest za długie
-jak się człowiek stara napisać swoimi słowami i używa metafor oraz związków frazeologicznych, to przepisuje z książki
-w ogóle jest bałagan i brak związków logicznych
Dramat, jak wreszcie skończę to się upiję z radości.
Przynajmniej był M. W związku z powyższym śmiecho i aromaterapia (uwielbiam męskie perfumy :D ). Teraz przy herbacie i najpewniej Amy W. poprawek pracy ciąg dalszy.

niedziela, 9 października 2011

Wyjątkowa sobota była.

Mam wyjątkową skłonność do komplikowania sobie życia i umiejętnego zwalania winy na innych. Prawdę znam tylko ja. W tym wypadku chodzi o moją nieszczęsną pracę licencjacką. Jej pisanie teoretycznie powinnam zacząć w listopadzie zeszłego roku i bronić się w lipcu. Fakt jest taki, że jeszcze jej nawet nie skończyłam. Pytanie "dlaczego?" Otóż, jak teraz widzę dokonywałam samych złych wyborów. Zaczęło się od promotora, skończyło na temacie. Sama sobie zresztą wymyśliłam ten temat.
Do stycznia miałam na głowie zaległy egzamin, od którego zależało "być albo nie być" na uczelni, więc praca poszła w odstawkę. Po egzaminie okazało się, że M. wyleciał i zostałam na placu boju sama. To mnie nieco zdemotywowało. Ponadto na wszelkie sposoby wykręcałam się od seminariów i spotkań z panią promotor. Wydawało mi się, że mam czas. Temat okazał się wyjątkowo niewdzięczny, mało materiałów, a wymagania pani dr ogromne. Coś tam pisałam, tyle co w internecie, albo uczelnianej bibliotece było. Dalej jakoś ciężko się wybrać. W końcu nadszedł czerwiec i decyzja, że obrona we wrześniu. Kolejne kilka miesięcy na pisanie. Lipiec był zbyt brzydki, a sierpień za ładny :P Kolejny powód to M i jego częste, acz trochę niepewne wizyty. Teraz muszę się do czegoś przyznać: jestem na jego ogromnym haku ( ci, którzy oglądają "Jak poznałem waszą matkę" wiedzą o co chodzi). Czekałam sobie codziennie na sms, czy wpadnie i nie planowałam niczego. Już na pewno nie wycieczki do biblioteki. We wrześniu poprawkowy egzamin, na szczęście tylko formalność. Ok, teraz się biorę za pracę. To był drugi zryw, pierwszy w czerwcu. Niestety zostałam, być może słusznie, zlekceważona. Okazało się, że czas dla mnie znajdzie się po 10 października. Pisanie znowu ustało. Wczoraj nastąpił zryw trzeci i mam nadzieję ostatni. Sobota wyjątkowa, bo pracowita, spacerowa ("kocham" MKSy). Odwiedzona biblioteka, EMPIK, kilka kolejnych godzin przy komputerze. On zresztą nie pomaga. Potrafi zresetować się w trakcie pracy w WORDzie :/ Mam nadzieję, że to, co teraz wyślę do pani dr spotka się z aprobatą i będę mogła to cudo wydrukować.
Jedyne plusy tej sytuacji to dzisiejszy spacer, który był w zasadzie miły i zakup płytki Amy Winehouse. Weszłam do tego EMPIKU i oczywiście pierwsze kroki do płyt. Przeglądam, szukam... i znalazłam. To był impuls, większość piosenek znam, ale taki prezent na poprawę humoru można sobie zrobić raz na baaardzo długo. Pracę tworzyłam więc przy muzyce Amy.

czwartek, 6 października 2011

Zmiany, spore zmiany.

Tak, jak sądziłam, archiwum tamtego bloga sięga tylko października 2008. Poprzednie posty dostępne tylko dla mnie. Nie wiem, jak to przestawić, ale nie będę się bawić. Dość symboliczna ta data. Początek mojego studiowania. Poczytałam sobie końcowo-licealne posty, wcześniej te już studenckie. I widzę ogromną różnicę. Niektóre rzeczy pozostały niezmienione, jednak tamte posty pisała kompletnie inna osoba. Nawet nie bardzo ją teraz pamiętam. I wolę siebie w obecnym wcieleniu. Dlatego nie będę przytaczać najstarszych postów. Zdarza mi się wierzyć w przeznaczenie ;)

wtorek, 4 października 2011

Tak na początek

Pierwszy post będzie kopią blogu prowadzonego na "szanownym" Onecie. Tam jakoś ciężko było mi pisać regularnie, może tu będzie lepiej. Z góry przepraszam za długość tego, co tu teraz powstaje i dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotrwają do końca. Zaczynamy! :)
13 marca 2011
Przedwiośnie- czas oczekiwania, napięcia. W moich uczuciach też przedwiośnie. Tyle, że trwa ono dobrych kilka miesięcy. I tak, jak w tym klimatycznym przedwiośniu: raz słonecznie, ciepło i już wydaje się, że wiosna jest za rogiem, a za chwilę następują opady marznącego deszczu. Czasem mam wrażenie, że na przedwiośniu się skończy. Wiosna przyjdzie z kim innym...
(00:16)
komentarz

24 lutego 2011
Ostatnio pisałam o parach, które w młodym wieku decydują się na ślub. Dzisiaj z kolei moja refleksja dotyczy ogromnego strachu przed związkami. Zaobserwowałam takowy u wielu moich znajomych oraz ich znajomych. Dwudziestokilkuletni a nawet starsi ludzie żyją sami lub w jakiś dziwnych układach z ludźmi, których tak naprawdę kochają. Pozostaje jednak to "ale". ALE nie wyobrażają sobie oddać się sobie nawzajem w pełni. ALE nie chcą brać na siebie odpowiedzialności. ALE nie czują się jeszcze gotowi. ALE boją się związków, jako takich. Dużo tych "ale" dużo wątpliwości. Złe wspomnienia z poprzednich związków.
Może robią słusznie nie decydując się w takiej sytuacji na bycie razem. Ja odnoszę jednak wrażenie, że coś tracą. Bo chyba lepiej zaryzykować i nawet się sparzyć, niż rozmyślać "co by było, gdyby". Z jednej strony to rozsądna postawa: najważniejsze to nie dać się zranić. Z drugiej natomiast "pachnie" mi tutaj lekkim pójściem na łatwiznę. Nie róbmy kroku naprzód, stójmy gdzie stoimy. Po chwili okazuje się,że inni poszli i zostajemy sami. Sami z naszym strachem, wątpliwościami. Utwierdzamy się w przekonaniu, że decyzja była dobra, bo ONI nas zostawili. Błędne koło. Można z niego wyjść, ale trzeba ogromnej siły, determinacji i chęci. Z obu stron. Tej, która musi pomóc wyrwać się z zaklętego kręgu i tej, która pomocy potrzebuje. A zdarza się, że potrzeba kogoś trzeciego: kiedy obie strony są zalęknione i nie wiedzą, jak przebić ten przezroczysty mur strachu.
Wszystkiego najlepszego przestraszonym kochającym.
(22:14)
komentarz

18 grudnia 2010
I tylko za jedno mogę mu podziękować: nauczył mnie, jak słuchać muzyki...

(21:15)

18 października 2010
...bo innymi słowy nie jestem w stanie wyrazić, tego co czuję. Nie rozumiem, bowiem, co 19-20 letnie dziewczyny widzą w braniu ślubów i zakładaniu rodziny. Czym jest podyktowana chęć "zawiązania sobie świata". Wspólne mieszkanie, plany- ok. Jednak ślub to coś znacznie poważniejszego. Odnoszę wrażenie, że taka decyzja podyktowana jest wyłącznie impulsem i brakiem wyobraźni. Wchodzenie w dorosłe życie z tak dużym bagażem, jakim są obowiązki żony nie wydaje mi się zbyt rozsądne. Mimo to, życzę młodym (pod każdym względem) parom wszystkiego najlepszego. Oby wyszło na to, że się mylę...
(18:19)
14 czerwca 2010
... powracam:) Nie było czasu, ani za bardzo powodu, żeby pisać. Po 10 kwietnia nie chciałam zginąć w tłumie blogowiczów, którzy wyrażali swoje zdanie, może kiedyś do tego wydarzenia wrócę.
Zmian większych nie odnotowałam. Może trochę więcej palę... Jestem pewna, że pewien rozdział w moim życiu się skończył, pewna więź zniknęła bezpowrotnie, bo i osoba, z którą mnie ta więź łączyła, zniknęła. Na jej miejsce pojawił się ktoś inny, obcy. Nieznana wersja tamtego człowieka. A nowa więź jest dziwna. Ciężko to nawet nazwać więzią. Ot, zwykła znajomość, trochę bliższe koleżeństwo. CHOLERNE SNY! Ten dzisiejszy obudził we mnie tęsknotę do czegoś, na co jak na razie nie ma szans. Zamiast martwić się sesją, albo przynajmniej o niej myśleć, zajmuję się zupełnie inną stroną mojego życia. Żeby choć dotrwać do wakacji, to będzie próba tej znajomości.
(22:44)
06 kwietnia 2010
W filmie był taki wierszyk o samobójstwie. Inaczej tego nazwać nie można. Sprawa poważna, wierszyk mniej, ale o to chodzi. Kiedy już nie chce się nic może "dać kopa"- pozwolić popatrzeć z dystansu na to co chcesz człowieku zrobić. Oto on:
Żyletką boli,
W rzece puchniesz,
Kwasy plamią,
a gaz cuchnie.
Pęka sznur,
chce się wyć,
nie ma wyjścia,
muszę żyć!
Ps. Żeby nie było: nie mam, nie miałam i nie przewiduję mieć myśli samobójczych.
(23:11)
31 marca 2010
Święta zbliżają się wielkimi krokami. A ja katar mam:| Nic to- próbuję uciec wirusom. Sesja zakończona połowicznym powodzeniem; polski Sejm miał okazję gościć w swych murach, krośnieńskich studentów w tym mnie :) Warszawa, a właściwie czas spędzony w autobusie dał odpowiedź. Nic z tego nie będzie, ale nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa. Najgorsze było to zawieszenie, ta próżnia. Teraz jest ok, nazwijmy to szumnie przyjaźnią. Na uczelni masakra po prostu. Boję się, że sobie nie dam rady. Próbę oczywiście podejmę.
Wracając do Świąt to chciałabym w tym miejscu złożyć życzenia, spokojnych, radosnych owych Świąt:) Dobrego jedzonka, czasu spędzonego z rodziną, czy jak kto woli ze znajomymi. Wszystkiego najlepszego!
(22:00)

26 lutego 2010
Najlepiej od początku;) Sesja (prawie) za mną. Nowy semestr przede mną. I już widać, że lekko nie będzie. Gdybym się skupiła wyłącznie na nauce to by to może jakoś było, ale nie! Ja sobie oczywiście mydlę oczy czymś co być może nie istnieje, żyję ułudą. Rzeczywistość jednak jest całkiem sympatyczna. W środę wycieczka do sejmu ;) Jedziemy OBOJE :P Zmiany przełomowej nie przewiduję, ale razem zawsze raźniej.
Poza tym wciąż porównuję. To co trwało lat 7 i się skończyło definitywnie- naprawdę nie z mojej winy i to co się jakoś tam zaczęło. Nawet jeśli zostanie na takiej stopie jak tamto to nic. Bo wreszcie nie czuję się jak konfesjonał, tylko jak użyjmy tego wielkiego słowa: przyjaciółka. A to co się skończyło... cóż... nie powiem ,że mi nie szkoda, bo żałuję tego co było. Trzeba żyć dalej.I nie są to słowa straceńca ;)
(18:35)
05 lutego 2010
A właściwie dwie refleksje...
11: nigdy nie być cnotką niewydymką
12: dobrze mieć się przy kim uspokoić
(19:29)
22 stycznia 2010
Sylwester w kinie okazał się dobrym pomysłem. Filmy może niezbyt ambitne, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Było miło i obudziło moje uśpione uwielbienie do siedzenia przed ekranami wszelkiej maści i śledzenia skomplikowanej bardziej lub mniej fabuły. W dwóch słowach: było miło.
WOŚP 2010 za nami. Znowu w sztabie, ale bardziej niż poprzednio ze sztabem. Lepiej. Zobaczyłam, że wstawanie o 5 rano może nie być problemem, wystarczy motywacja. Świetni ludzie, atmosfera... polecam każdemu i już nie mogę się doczekać kolejnego finału.
Wychodząc z założenia "jak się nie ma co się lubi to się podrywa to co się ma" podrywam dla sportu. Brzmi straszniej niż wygląda. Ot- kumpel z roku, miły, sympatyczny i nie jakiś ostatni. Nie ma tego co poczułam jak dotąd raz w życiu, ale zdarza się to baaardzo rzadko. Więc zobaczymy co wyjdzie. Poza tym czuję coraz mocniej, że nie mogę dłużej być sama.
Piję, palę, uzależniam się od kawy. Staję się coraz bardziej dorosła i samodzielna. Jakoś długo mi to schodzi, ale nie o wyścigi tu chodzi. Jestem nawet w 95% konsekwentna- potrafię dotrzymać postanowienia danego sobie i realizuję plany. Kolokwia piszę w dwuosobowej grupie ;)
Nie mam dobrego pomysłu na zakończenie tego posta, więc podam linka do utworu, który mi teraz towarzyszy
http://http://mloda92.wrzuta.pl/audio/a6wcYoGherX/maska_-_krotka_piosenka_o_milosci
(08:37)

23 grudnia 2009
Wielkie sprzątanie?
Było!
Gotowanie?
Było!
Sernik?
Jest!
"Piosenki z dzwoneczkami"?
Są!
Choinka?
Obecna!
Święta Bożego Narodzenia 2009 uważam za otwarte!!
Zaczynają się Święta, u mnie normalne: nie w kurorcie, nie za granicą. W domu, z rodziną, z pasterką. Ale jak ktoś woli inaczej to jego sprawa. Wszystkim: tym, którzy świętują tradycyjnie i tym, którzy robią to inaczej życzę, żeby był to czas radości, spokoju, pogody ducha. Żeby przy wigilijnym stole panowała cudowna atmosfera. Niech te Święta dadzą siły na cały rok. Wszystkiego najlepszego!!!

(22:59)

01 grudnia 2009
Dopadła mnie chyba znana od wieków choroba psychiczna... "gra jak świat stara"... Od ponad miesiąca nie nadaję się do żadnych konstruktywnych działań. Szczególnie tych związanych z uczelnią. Jedynie WOŚP jest w stanie mnie zainteresować. Poza tym wyłącznie piwka w barze obok uczelni, chodzenie po mieście i trwanie w idyllicznym świecie ułudy. Tam wszystko układa się po mojej myśli. Nie narzekam jednak na swój stan. Przeżywam to po raz pierwszy i chcę żeby było tak intensywne jak tylko może. Czuję się lepiej, mam chęć żeby coś ze sobą w końcu zrobić i trwam w swoich postanowieniach jak nigdy dotąd. Do tego wszystkiego w wieku 20 lat zachciało mi się "punkowania". Siedzenie w glanach z papierosem w dłoni na rynku daje mi nieprawdopodobną radość. Taki wewnętrzny bunt. Okazanie światu, że jestem. Kiedyś dojrzeję do tego, żeby dać temu światu coś dobrego od siebie, ale narazie muszę przeżyć swoje. Myślę o tatuażu: kolejna dziwna rzecz: tatuaż uważany za mało kobiecy dla mnie będzie symbolem kobiecości. Bo coś takiego zamierzam na sobie umieścić. To najbardziej cieszy mnie w tej całej "grze" i chorobie: poczułam się wreszcie kobietą. I mam ochotę to okazać. Robię głupoty, ale to moje głupoty- typowo babskie.
(23:49)

09 listopada 2009
Nad głupotą moją czuwał chyba sam Pan Bóg. Skończyło się na zmartwieniu, problemów brak. Odpukać w niemalowane. A. wykazała się ogromem cierpliwości i wysłuchiwała mojego gadania- co naprawdę nie było łatwe.
Strasznie ciężko przestawić mi się w tym roku na naukę. Nawet zajęcia opuszczam w liczbie poważnej... I jakoś faceci pchają mi się do życia i przed oczy. Już dawno nie poznałam ich aż tylu, ale nie żebym narzekała:P Jest dobrze tak jak jest i nie ma co psuć.
Poza tym ruszyły przygotowania do WOŚP-u 2010:) Jestem w sztabie i każdemu polecam włączenie się w tą akcję. Robi się coś dla innych i przy okazji dla siebie. Wspaniała atmosfera i nawiązane znajomości to coś świetnego:)
Na koniec link:
http://http://www.youtube.com/watch?v=JhPzVhkaxIQ

26 października 2009
Tak się człowiek czasem zakręci i zapędzi, że potem nerwy są. Ale mam wielką nadzieję, że na nerwach się skończy. Bo innej opcji sobie nie wyobrażam.
A tak poza tym to jestem przerażona ilością książek jakie na mnie w tym roku czekają. co przedmiot to egzamin, albo kolokwium zaliczeniowe. Co gorsza większość przedmiotów mnie nudzi:/ Trzeba być twardym i wytrwać. Oby tylko innych problemów nie było. Znacznie gorszych...
(12:38)

12 października 2009
Ostatnio znowu zrobiło się głośno o Powstaniu Warszawskim.
Z okazji rocznicy jego kapitulacji. Dość dużo programów, audycji itp. A mnie naszła refleksja następująca: gdyby teraz wybuchła wojna, gdyby trzeba było ratować Ojczyznę, czy znaleźliby się "chętni"? Prawdę mówiąc nie widzę kandydatów. Tamto pokolenie było jakieś inne, chyba rzeczywiście lepiej wychowane. Dla nich było to rzeczą oczywistą. Gdzieś z telewizji doleciało mnie zdanie, że teraz w powstaniu wzięliby udział dresiarze. Nie jestem do końca przekonana... Chociaż te różne prawicowe bojówki, niesłusznie utożsamiane z "dresami", kto wie...Czy ich odwaga nie kończy się przypadkiem tylko na kontrparadach (równości)?
Nie widzę w roli partyzantów tych wszystkich nażelowanych,, dobrze ubranych chłopców z dyskotek, ani uganiających się za karierą yuppies. Dziewczyna, której jedynym zmartwieniem jest kolor nowych tipsów, albo fason obuwia, nie rzuci się do pomocy jako sanitariuszka.
Moi równieśnicy nie oglądaja wiadomości, nie czytają gazet. Żyją kompletnie oderwani od rzeczywistości. Interesuje ich zarabianie pieniędzy (najlepiej jak największych i niezależnie gdzie, w jakim kraju), albo po prostu własne sprawy. A własny kraj, Polska? Istnieje, niepodległa, bardzo fajnie i czemu miałoby być inaczej.
W '39 też nie wszyscy domyślali się co się może stać.
Wiem, że mogę być zbyt surowa, że są ludzie, którzy chcą wiedzieć co i jak, którym zależy na tym kraju. A nuż w chwili, gdy przyjdzie potrzeba (oby jednak nie) zdołamy odrzucić nasze sprawy, nasze interesy i zadbamy o Naród. Teraz po prostu jesteśmy bezpieczni i w żaden sposób nie zmuszeni do walki. Warto jednak o tym pomyśleć, choćby po to, by jako nowa nadzieja tego kraju (wiem, że bardzo górnolotnie to brzmi) nie zniszczyć tego co udało się osiągnąć przez 20 lat. Mamy wkroczyć na arenę, a nie odlecieć najbliższym samolotem do krainy pełnej Euro. Dlaczego? Dlatego, że kiedyś zechcemy tu wrócić, a jeśli okaże się, że nie ma dokąd...
(12:40)